Felieton Tomasza Gawińskiego
Duch czy komercja?
Idą Święta. Właściwie to już Święta za pasem. Wszyscy się cieszą. Tylko czy na pewno wszyscy? Czy dziś Boże Narodzenie to naprawdę Święta? Kiedyś Wigilia i Boże Narodzenie miały swoją moc. To było jedno z najbardziej rodzinnych świąt. Czas wyjątkowy, bardzo szczególny, czas bliskości z rodziną, celebrowania pewnych obyczajów, radości, ale i refleksji, swego rodzaju uduchowienia, wspólnego przeżywania rocznicy narodzin Jezusa. Oczywiście, miało to związek z wiarą chrześcijańską, z wychowaniem, z pewnym aksjomatem. Teraz, mam takie wrażenie, dla większości to wyłącznie tradycja. I to bardzo zmieniona, unowocześniona.
Jeszcze w latach 60., 70. i 80., ubiegłego stulecia, w PRL-u, na te wyjątkowe Święta czekało się z utęsknieniem. Choinka, prezenty, dobre jedzenie, śpiewanie kolęd i wyjście na Pasterkę. Wielu odwiedzało też szopki w różnych kościołach. Był pewien rytuał – coś, co napawało nas tą prawdziwą, świąteczną atmosferą.
Staropolska tradycja świąteczna zależała oczywiście od regionu Polski, z którego się pochodziło lub przebywało. Inaczej wyglądał stół wigilijny w Wilnie, a inaczej we Lwowie czy Warszawie, przygotowywano 9 potraw symbolizujących 9 chórów anielskich, które były obecne przy narodzinach Jezusa. Na przedmieściach serwowano 7 dań, a bogate mieszczaństwo miało ich aż 12, co było symbolem 12 miesięcy lub 12 apostołów. Takie tradycyjne potrawy, jak barszcz czerwony z uszkami i karp smażony, znane były jeszcze w przedwojennej Polsce.
W młodości Święta prawie zawsze spędzałem u dziadków w Warszawie, tata najczęściej był w morzu. W Wigilię babcia z mamą i kuzynką stawały w kuchni, by przygotowywać świąteczne specjały. Ja zajmowałem się z dziadkiem przystrajaniem choinki, a jak jej jeszcze nie było, to szliśmy ją kupić. Nasza rodzina nie była zbyt liczna, ale pojawiała się ciocia z mężem, wspólnie wyczekiwaliśmy pierwszej gwiazdki i zasiadaliśmy do wigilijnego stołu. Było to wielkie wydarzenie, rodzinna uczta, ale także duchowe przeżywanie. Zapominało się o wszelkich sporach, wspólnie spędzało czas, składaliśmy sobie życzenia, dzieliliśmy opłatkiem, śpiewaliśmy kolędy. A przed północą wyruszaliśmy na Pasterkę.
Wiadomym było, że Boże Narodzenie jest w stanie skupić przy jednym stole nawet daleko mieszkająca rodzinę. Tworzył się niezapomniany klimat, wyjątkowa atmosfera, coś bardzo magnetycznego, irracjonalnego. I choć w sklepach niczego nie było, na wigilijnym stole potraw nie brakowało.
W domach, a nade wszystko w naszych duszach było kolorowo. W przeciwieństwie do ulic, które rzadko przystrajano barwnymi i świecącymi ozdobami. Pamiętam, kiedy mając 9 lat poleciałem z mamą do Holandii, do ojca i zobaczyłem na ulicach Amsterdamu i Rotterdamu morze kolorowych choinek, ozdób, światełek, Mikołajów. Przeżyłem szok. Tam czuło się Święta na ulicach, w sklepach, wszędzie. Potęgowało to moc Bożego Narodzenia, ale wyłącznie z tym, co czuliśmy w sobie i przeżywaliśmy przy wigilijnych stołach.
Dziś niestety jest inaczej, żeby nie powiedzieć, na odwrót. Przerost formy nad treścią. Królują bowiem prawie już wszędzie świąteczne ozdoby, mnóstwo świateł, jest i owszem, ładnie i kolorowo. Tyle, że stało się to częścią biznesu, handlu, sprzedaży, świątecznej dystrybucji. Wygrywa komercja. Niektóre sklepy już w połowie listopada kuszą świątecznym klimatem i towarami. Dla wielu produktów przygotowuje się specjalne akcje reklamowe. Święta czujemy przy każdym wyjściu do miasta, do centrum handlowego, włączając radio czy telewizję, gdziekolwiek. Są i tacy, którzy już na miesiąc przed Bożym Narodzeniem przyozdabiają okna i balkony. A kiedyś, z chwilą rozpoczęcia adwentu pojawiały się jedynie w oknach adwentowe świeczniki. Tym samym, Święta stały się świetnym produktem, wokół którego koncertujemy swoją uwagę i chętnie wydajemy pieniądze. To po prostu dobry biznes.
Nie chcę powiedzieć, że to złe, ale cała okołoświąteczna otoczka zdominowała dziś same Święta. Wielu nie spędza już Wigilii w domach, wyjeżdżają w różne miejsca, także za granicę. Panie domu nie mają czasu na przygotowywanie świątecznych dań, kupują je zatem na mieście. Tak jest wygodniej i szybciej. Pasterki też w wielu miejscach nie rozpoczynają się o północy, ale np. o godzinie 22. Natomiast księża niczym wędrujący apostołowie od początku grudnia do środy popielcowej uczestniczą w wielu wigiliach firmowych. Tym samym samo słowo Wigilia straciło swoją moc, rangę, wyraźnie się spauperyzowało. Podobnie, jak przy pierwszej Komunii Świętej, nie jest już ważny sam akt sakramentu, ale to, czy dziecko dostanie komputer, kład, a może mały samolot. Po komunijne spotkania organizuje się zaś w lokalach, a nie w domu.
Rozumiem, czasy się zmieniają, następuje totalna komercjalizacja życia. Zatracamy się w amoku zakupów, w centrach handlowych tłumy, koncentrujemy na prezentach, a nie na prawdziwej magii tego szczególnego czasu. I, jak sądzę, tracimy to, co najważniejsze, ducha, tę wielką moc Bożonarodzeniowych Świąt.