Koniec i początek

Alina Kietrys
Alina Kietrys
Dziennikarka, publicystka,
wykładowczyni i mentorka.

Felieton Aliny Kietrys

Koniec i początek

Jaki był ten za chwilę mijający 2025 rok? Każda osoba z pewnością znajdzie własne podsumowanie. Znalazłam ostatnio kilka zdań, które uważam za ważne, bo pod koniec tego roku świat mi zawirował i się osunął. Tąpnięcie? To delikatne określenie. Szukałam wsparcia u innych, nawet obcych, bo nie umiałam pogodzić się z tym, co mi zgotował tzw. los. Był bez serca, bez litości i bez zrozumienia, że się zbuntuję. Oto te zdania, które znalazłam przypadkiem w długą, bezsenną noc. Przytaczam je, bo wierzę, że mogą się komuś przydać. 

„Opiekuj się sobą. Wierz w dobro, wykorzystaj drugą szansę. Miej bystry umysł, wybaczaj ludziom słabości. Podważaj schematy, miej wątpliwości, podnoś własną poprzeczkę. Sięgaj gwiazd, bądź uważny/uważna, słuchaj ciszy. Uprawiaj rośliny, podążaj za wiatrem”. To myśli Tildy Swinton, aktorki, która zawojowała nie tylko brytyjski świat kina i teatru. Grała w Traverse Theatre w Edynburgu i w prestiżowym Royal Shakespeare Company. Tilda pochodzi ze szkockiej szlacheckiej rodziny. Jej drzewo genealogiczne sięga czasów Alfreda Wielkiego, a więc roku 886, a według niektórych genealogów nawet początków VIII w. Dzieciństwo spędziła w zamku w Berwickshire – własności rodu Swintonów od IX w. Ojciec Tildy, sir Johne Swinton, był generałem majorem, kawalerem Orderu Imperium Brytyjskiego, komandorem Królewskiego Orderu Wiktoriańskiego i dowódcą przybocznej straży królowej brytyjskiej. Matka, Judith Balfour Killen, pochodziła z Australii. Tilda Swinton Oskara dostała za drugoplanową rolę w filmie „Michael Clayton”, a Złotego Lwa za całokształt twórczości. Grała w filmach Jima Jarmuscha, Wesa Andersona, braci Coen czy Bong Joon-ho. Jej kreacje, uwiecznione w ponad osiemdziesięciu filmach pamiętają miłośnicy i znawcy kina.

Teatr i film od lat przynoszą mi ukojenie, nawet w najtrudniejszych chwilach. Idę do teatru, oglądam filmy, bo szukam innych wartości, innego wymiaru, wierzę tym, którzy tworzą własne przestrzenie dla mnie. Złoszczę się, kiedy artyści próbuj mnie oszukać. Tilda Swinton nigdy tego nie robiła. Była zawsze niekonwencjonalna, choć buntownicza. Uparta i bardzo zdolna. Nie kreowała siebie nadmiernie i niepotrzebnie. Kiedy pojawiła się publicznie, uznałam, że ma coś ważnego do powiedzenia. I się nie przeliczyłam.

Jej wizja świata uświadomiła mi, że bycie nieczułą jest denerwujące. Sprowokowana znalazłam się ostatnio w gronie zbuntowanych. Rzecz dotyczy lokalnych układów. Obserwuję od lat, z bliska, świat w gdańskich instytucjach kultury. Szczerze, ponad pół wieku. I zdecydowanie nie akceptowałam i nie akceptuję okolicznościowego, doraźnego majstrowania w funkcjonowaniu tych instytucji w moim mieście. Piałam i mówiłam o tym wielokrotnie. Jeśli władza uważa, że „teraz ma jedyną, słuszną rację”, to według mego zawodowego doświadczenia takie grzebanie w strukturach instytucji kultury (łączenie, likwidowanie) jest marnym pomysłem. Szczególnie, gdy zarządzający są przekonani o genialności i nieomylności swojego projektu, i jawnie lekceważą głosy przeciwne. 

Kultura ma sens tylko w stałym i nieustannym działaniu z ludźmi, którzy naprawdę wiedzą, jak ważne są ich fachowe propozycje, cenią swoje miejsca pracy, dzielą się doświadczeniami i poszukiwaniami. I sami mogą zadawać pytania, reagując na oczekiwania odbiorców – konsumentów kultury. A także doceniają prosumentów kultury, tych co tworzą i konsumują równocześnie, a nie muszą działać w doraźnych układach pseudopolitycznych. Dorobek i ranga instytucji kultury określa ich wartość i markę. Urząd, gdy zarządza przy pomocy „siły” w kulturze tworzy pozór tzw. dobrych zamiarów. A jeszcze gorzej, gdy tych, co nie godzą się z doraźnym działaniem, wzywa na dywanik i próbuje dyscyplinować. To już było, szczególnie w systemie słusznie minionym. I naprawdę nie warto wracać do skompromitowanych metod.

Ostatnio szalona amerykańska influencerka Candace Owens – 36-letnia amerykańska aktywistka konserwatywna i komentatorka polityczna, a także aktywna przez lata dziennikarka pisma „Vogue” oraz szefowa portalu internetowego Degree 180, ogłosiła wszem i wobec, że pani Brigitte Macron urodziła się mężczyzną, a płeć żeńską „przejęła” od kobiety, którą potem przy pomocy tajemnych sił uśmiercono. A teraz rzekomo za publikację tych rewelacji państwo Macronowie chcą zamordować Candace Owens. Groza na koniec 2025 roku? No niestety. Przypomnę tylko, że ta sama popularna influencerka uważała, iż ruch #MeToo to „polityczne polowanie na czarownice”. W roku 2020 roku, w trakcie epidemii covidu, oskarżyła szpitale o zawyżanie liczby chorych, którzy wyłudzali wysokie zapomogi. I wszystko to mogłoby się wydawać chwilowym szaleństwem, gdyby nie fakt, że wiarę w owe „opowiastki” Owens deklaruje aktualnie kilkadziesiąt procent Amerykanów. A więc wszystko można ludziom wmówić. Nie tylko w USA. Strzeżmy się tego w 2026 roku. Szukajmy wsparcia wśród mądrych i otwartych głów. Tego życzę sobie i Państwu w nadchodzącym Nowym Roku!