Obecna siedziba Opery Bałtyckiej. Fot. K. Mystkowski/ KFP
Gdańsk potrzebuje opery z prawdziwego zdarzenia
Głos Jana Grzanki – członka Społecznego Komitetu Budowy Opery
W listopadzie ub. roku odbyło się kolejne posiedzenie Społecznego Komitetu Budowy Opery w Gdańsku. Spotkanie, trwające kilka godzin, zgromadziło liczne grono osób zaangażowanych w dyskusję o przyszłości tej ważnej dla miasta inwestycji. Atmosfera była żywa, a wymiana argumentów – momentami gorąca.
Do komitetu trafiłem na zaproszenie prezesa Zbigniewa Canowieckiego, który zna moje wieloletnie zamiłowanie do opery. Pasja ta pchnęła mnie do odwiedzania teatrów operowych w Polsce, Europie i na innych kontynentach. Tylko w 2025 roku byłem w operach: w Warszawie, Bydgoszczy, Wrocławiu, Gdańsku, Hamburgu, Paryżu, Rzymie, Wenecji, Kopenhadze, Neapolu, Chicago i Meksyku. Interesują mnie nie tylko same spektakle, lecz także architektura gmachów, ich funkcjonalność oraz całe towarzyszące im zaplecze – restauracje, kawiarnie czy hotele.
Nie łączą mnie żadne relacje ani z Urzędem Miasta, ani z Urzędem Marszałkowskim. Moje zaangażowanie w ideę budowy nowej opery jest całkowicie niezależne. Przyznaję jednak – nie jest bezinteresowne. Zależy mi głęboko, by w moim rodzinnym Gdańsku powstał obiekt godny europejskiej metropolii. Chciałbym z dumą chodzić na spektakle do miejsca, które dorównuje najlepszym scenom, jakie miałem okazję odwiedzić. Wierzę, że potencjał ku temu istnieje – zarówno w samym zespole naszej opery, który nieraz pozytywnie mnie zaskoczył, jak i w możliwościach naszego miasta.
Z pewną rezerwą obserwowałem przebieg listopadowej dyskusji. Niestety, część uczestników już na starcie zaczęła podcinać skrzydła temu ambitnemu projektowi. Wypowiedzi niektórych osób przypominały sposób myślenia rodem z lat 90., gdy zamiast patrzeć śmielej w przyszłość, budowało się bariery oparte na strachu, kompleksach lub wąsko pojętym interesie.
Wygłaszając wprowadzenie do debaty, pozwoliłem sobie na pewną prowokację intelektualną. Po pierwsze, moje uwagi dotyczące niedawno wzniesionych obiektów sądowych w Gdańsku spotkały się z krytyczną reakcją części słuchaczy. Zwracałem uwagę, że choć w ostatnich latach powstały trzy takie budynki, trudno uznać je za realizacje, które w sposób jednoznaczny podnoszą prestiż miasta lub wzmacniają jego wizerunek architektoniczny. Ale na pewno należy podkreślić, że Gdańsk doczekał się również ważnych inwestycji kulturalnych, takich jak Muzeum II Wojny Światowej, Europejskie Centrum Solidarności czy Teatr Szekspirowski. Są to obiekty o dużym znaczeniu funkcjonalnym i symbolicznym, jednak — w mojej ocenie — ich siła oddziaływania wynika przede wszystkim z pełnionej roli i programu, a nie z samej formy architektonicznej. Żaden z nich nie stał się dotąd ikoną, która poprzez swoją architekturę samodzielnie generowałaby międzynarodowe zainteresowanie i masowy napływ turystów, ani jednoznaczną wizytówką Gdańska jako miasta zamożnego i otwartego. Poruszyłem również temat kosztów budowy opery. Nie oszukujmy się – w dzisiejszych realiach nie da się stworzyć takiej instytucji, z której moglibyśmy być naprawdę dumni, za 400 czy 600 milionów złotych. Za takie kwoty można co najwyżej wybudować obiekt na miarę lat 60-tych XX wieku, tymczasem my potrzebujemy opery nie na dziś, lecz na jutro. Nie może to być powtórka z dworca autobusowego z ul. 3 Maja, nad którym po zaledwie pięciu dekadach zastanawiamy się, czy go wyburzyć, czy przebudować. Tymczasem nikt nie zadaje takiego pytania w odniesieniu do dworca PKP, choć ten stoi już blisko 130 lat i nadal stanowi dumę gdańszczan. Oczywiście nie możemy liczyć na budżet budowy, jakim dysponują bogate miasta niemieckie jak Hamburg czy Düsseldorf, gdzie realizowane są aktualnie bardzo drogie opery. Ich budżety to 3,5 i 4,5 mld zł.
Gdańsk, choć sam w sobie jest miastem nieco mniejszym niż Kopenhaga, będąca dodatkowo stolicą, w połączeniu z Gdynią i Sopotem tworzy aglomerację wyraźnie większą pod względem liczby mieszkańców i potencjału rozwojowego. W tej perspektywie Opera w Kopenhadze, zaprojektowana przez Henninga Larsena, może stanowić dla naszego miasta najbardziej adekwatny punkt odniesienia. Kopenhaska opera dysponuje widownią na 1430 miejsc i powstała kosztem 335 mln euro. Biorąc pod uwagę, że w Polsce koszty wykonawstwa pozostają wciąż niższe niż w Danii, inwestycja o podobnej skali wydaje się realna finansowo dla Pomorza i metropolii trójmiejskiej. Ważnym aspektem jest fakt, że projekt opery Larsena i obiektów jej towarzyszących, to jedna z najbardziej interesujących realizacji ostatnich lat, a jego siłą jest nie tylko ciekawa architektura, ale doskonale przemyślana funkcja.
Mówiłem o tym z nadzieją, że osoby decyzyjne – w mieście, województwie i w samorządzie – wezmą go pod uwagę. Budowa nowej opery to przedsięwzięcie o wyjątkowej wadze. Wymaga ludzi o szerokich horyzontach, wolnych od lokalnych układów i krótkowzroczności. Ludzi, dla których opera nie jest pojęciem abstrakcyjnym, którego istoty nie rozumieją, bo wcześniej opera ich nie interesowała.
Potrzebujemy ludzi, dla których praca przy operze będzie nie tylko okazją — w jakimkolwiek sensie — ale przede wszystkim będzie misją stworzenia w Gdańsku obiektu kultury na najwyższym, europejskim poziomie. Gdańsk zasługuje na operę, z której wszyscy będziemy dumni nie tylko dziś, ale i za wiele lat. Z tym większą nadzieją liczę na przewodniczącego Społecznego Komitetu Wsparcia Budowy Metropolitalnej Opery Bałtyckiej dr. Zbigniewa Canowieckiego, że będzie gromadził wokół siebie wyłącznie ludzi oddanych tej idei o szerokich horyzontach, wybiegających w przyszłość bez kompleksów i strachu oraz nieliczących na benefity przy realizacji projektu.