POWRÓT/WSTECZ
Opera była moim pierwszym teatrem

Opera była moim pierwszym teatrem
Rozmowa z dyrektorem Opery Bałtyckiej, Romualdem Wiczą Pokojskim 

 

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz w życiu zobaczyłeś operę?
Pewnie. Co więcej – opera była w ogóle moim pierwszym teatrem. Takim, z którym zetknąłem się jako dziecko.

Serio? Ile mogłeś mieć lat?
Pięć, może sześć. Mama zabierała mnie do teatru. Organizowała takie wyjazdy i to był zawsze bardzo ważny dzień.

Pamiętasz co wtedy grali?
Nie dam głowy, ale chyba „Zemstę nietoperza”. A może coś innego… W każdym razie jeździliśmy do Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. I tam złapałem bakcyla teatru.
 

Mały chłopak zakochany w sztuce scenicznej?
Totalnie! Pamiętam, że nie mogłem się doczekać tych wyjazdów. Teatr robił wtedy na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza taki jak opera: pełna kostiumów, światła, scenografii. Dla dziecka to była bajka na żywo. Świat za kurtyną wydawał się magiczny.
Mam też takie wspomnienie – w foyer był stolik, na którym sprzedawano zdjęcia ze spektakli. Wiesz, te wielkie fotosy… Dla mnie to było jak relikwie. W moim rodzinnym mieście teatr właściwie nie istniał, więc te wyjazdy z mamą do opery były czymś naprawdę wyjątkowym.

A kiedy pomyślałeś, że to nie tylko magia – że sam chcesz to robić?
To przyszło trochę później. Na początku, jak większość nastolatków, chciałem założyć zespół muzyczny. Ale potem wpadliśmy z kumplami na pomysł, żeby zrobić teatr. I zaczęliśmy działać przy Brodnickim Domu Kultury. Założyliśmy teatr o nazwie Bankiet Żebraków.

Piękna nazwa. Brzmi trochę punkowo.
Bo to były takie czasy. Graliśmy krótko, ale potem przyszedł moment, który sporo zmienił. W klasie maturalnej nauczyciel – taki raczej surowy – poprosił mnie, żebym przygotował akademię z okazji 11 listopada. To był jeszcze czas tuż po komunie, więc nikt wtedy takiej rocznicy nie obchodził w szkołach.
A ja byłem dość performatywny, znałem Pomarańczową Alternatywę, wiedziałem co to happening. Powiedziałem: „Dobra, spróbujmy coś wymyślić”. Dostałem pod opiekę młodszą klasę – i co ciekawe, to właśnie z niej wywodzili się późniejsi członkowie Teatru Wiczy.

No i udało się?
Udało. I wtedy obiecałem zespołowi, że jeśli to się powiedzie, to ruszamy dalej – zrobimy teatr, pojedziemy gdzieś z czymś i będziemy grać.

I tak powstał Teatar Wiczy. Skąd ta nazwa?
To mój pseudonim, już wcześniej się za mną ciągnął. Ksywa, która w pewnym momencie stała się nazwą teatru. A potem – znakiem.

To już nie był tylko teatr amatorski, prawda?
Na początku kompletnie nie wiedzieliśmy, co robimy. Zgłosiłem nas do przeglądu teatralnego KATAR – Konfrontacje Amatorskich Teatrów Alternatywnych Regionu. I zrobiłem to trochę na wariata: przez telefon, nie znając regulaminu, nie wiedząc, jakie są kategorie. Więc zapisałem nas… do wszystkich. Pojechaliśmy tam ze spektaklem, który ponoć pasował do „teatru ruchu”. My się na tym teatrze jeszcze wtedy zupełnie nie znaliśmy – ja miałem tylko z dzieciństwa wdrukowaną potrzebę widowiskowości. A mimo to zaczęto nas porównywać do Kantora, do Grotowskiego. Dziś się z tego śmieję, bo wiem, że z tymi mistrzami nie mieliśmy nic wspólnego. Ale Teatr Wiczy rósł. I zaczęły się sukcesy.

W którymś momencie trafiasz do Gdańska – i zostajesz dyrektorem Teatru Miniatura. Na ile lat?
Osiem.

A potem... opera. Duży przeskok.
Ogromny. I to w dodatku w trudnym momencie. Ani Miniatury, ani Opery nie obejmowałem „na spokojnie” – z początkiem sezonu. Do Opery trafiłem nagle, po niespodziewanej zmianie dyrekcji.

Bałeś się?
Pewnie. Nie tylko zastanej sytuacji w tym tetrze, ale też samej kuchni operowej. Do tamtej pory opera była dla mnie miejscem ucieczki – szedłem tam odpocząć od dramatu, od swojego teatru. Znałem ją tylko jako widz. A tu nagle miałem nią zarządzać. Dodatkowo przez pierwszy rok prowadziłem jednocześnie Operę i Miniaturę. Taka była decyzja organizatorów.

Tu się przydało, że miałeś w sobie już tę menadżerską smykałkę, co?
Tak. Ale też mam taki styl pracy – trochę niemiecki: odpowiedzialność, precyzja, konsekwencja. To bardzo pasuje do opery – bo to jest organizm, który musi chodzić jak szwajcarski zegarek.
W Teatrze Wicza byłem przyzwyczajony, że jak coś nie działa, to sam mogę to zrobić: scenografię, światło, nawet zagrać. W operze to już nie działa – tam nie da się wejść i zastąpić kogoś na scenie. To mnie zaskoczyło. Ale też sporo nauczyło.

Czujesz się dziś bardziej artystą czy menadżerem?
Powiem tak: menadżer to cena, jaką płacę za możliwość tworzenia. Ale nie jest to dla mnie obce – to też jest coś, co lubię.

Ale jeśli miałbyś wybrać – jedno z dwóch?
Artysta. Zawsze.

Opera Cię wciągnęła. A czy tęsknisz jeszcze za dramatem?
Tęsknię za tym, co robiliśmy w Teatrze Wiczy – za tą granicą teatru i performansu. Ale operze nie mógłbym już powiedzieć „do widzenia”. Widowiska operowe pociągają mnie ogromnie. To jest coś, co mnie niezmiennie fascynuje.

Opera to dla Ciebie najwyższy poziom teatru? Synteza sztuk?
Tak, ale nie tylko o to chodzi. Dla mnie sednem opery nie jest „teatralna synteza”, tylko to, co Włosi nazwali drama per musica. Czyli dramat prowadzony przez muzykę – przez melodię, rytm, brzmienie.
Niektórzy twierdzą, że dźwięk jest w operze najważniejszy. Ja uważam, że to dramat – ale pokazany właśnie poprzez muzykę. Opera to teatr bardzo formalny, osadzony w silnej konwencji. I właśnie dlatego tak bardzo mnie kręci.

Znasz już swoje miejsce w operze jako twórca?
Wiem, do czego dążę. Jeszcze tam nie jestem, ale chciałbym zbliżyć operę – formą, stylem pracy, przekazem – do tego, co robiliśmy w Teatrze Wiczy. Tylko w nowym języku.

 

Fot. Krzysztof Mystkowski

POWRÓT/WSTECZ