POWRÓT/WSTECZ
„Pół na pół” Czarna komedia o rodzinie, w której nikt nie gra fair

„Pół na pół”
Czarna komedia o rodzinie, w której nikt nie gra fair
Rozmowa z Tomaszem Podsiadłym, reżyserem i założycielem Bałtyckiego Teatru Różnorodności


Za Wami premiera „Pół na pół” w Konsulacie Kultury w Gdyni. Jak wrażenia, jesteś zadowolony?
Premiera zawsze jest sprawdzianem – nawet jeśli człowiek wie, że wszystko jest dopięte.
Najbardziej lubię moment, kiedy spektakl zaczyna już żyć własnym życiem. Kiedy patrzę na swoje przedstawienie, a ono już jest ich – aktorów. Kiedy czuję, że widownia łapie rytm, reaguje, słucha i nie ucieka myślami. I tak było tym razem.

Rzeczywiście, reakcje publiczności były żywe. A w czarnej komedii to nie jest takie oczywiste – bo to gatunek, który wymaga od widza odwagi na śmiech.
Dokładnie. Czarna komedia działa wtedy, kiedy widz ma odwagę śmiać się z czegoś, co jest podszyte napięciem. W „Pół na pół” sytuacje są zabawne, ale nie są „bezpieczne”. I to jest najciekawsze: widz śmieje się, a jednocześnie czuje, że ta historia idzie w stronę, której nie da się przewidzieć – czasem bardzo niewygodną.

Na scenie widzimy tylko dwie postaci, dwóch bohaterów. Co w takiej formie jest najtrudniejsze?
Utrzymać uwagę widza od pierwszej do ostatniej minuty. To taki monodram na dwóch aktorów. Forma najtrudniejsza. Nie ma czym się zasłonić, od czego odbić, gdzie się skryć, aby złapać oddech.
Wszystko opiera się na precyzji – szalonej precyzji – i charyzmie artystów. Tylko bardzo dobry aktor jest w stanie sobie z tym poradzić. Mateusz Deskiewicz i Jakub Firewicz spisali się doskonale.

Jak przebiegała praca?
Bardzo dobrze. Panowie są różni – i to jest ogromna wartość. Jeden ma w sobie większy spokój i kontrolę, drugi wnosi nerw, impuls i szybkie reakcje. Dzięki temu ich relacja jest cały czas żywa, zmienna. A w „Pół na pół” to kluczowe, bo ci bracia raz są dla siebie wsparciem, a za chwilę stają się swoim największym problemem.

„Pół na pół” ma tempo i mimo ciężaru emocjonalnego, przyjemnie się ogląda. Jak uzyskać taki efekt??
W komedii łatwo przesadzić – podnieść głos, dołożyć gest, „docisnąć” puentę. A tu najważniejsze jest to, żeby sytuacja była podana naturalnie i właśnie lekko. Wtedy widz nie ogląda „numeru komediowego”, tylko zaczyna wierzyć w historię. Najlepiej to widać, kiedy publiczność reaguje zupełnie spontanicznie – czasem nawet półgłosem komentuje, jakby oglądała scenę z życia, a nie spektakl. To jest znak, że teatr zadziałał.

Mówimy o komedii, ale w tej historii jest też sporo grozy.
Bo to jest opowieść o rodzinie, w której napięcie trwa latami. O zależności, z której trudno się wypisać, nawet kiedy człowiek dawno jest dorosły.

W tle jest matka – niewidoczna, a jednak stale obecna.
Ten tekst jest świetnie napisany. Matka nie musi pojawić się na scenie, żeby mieć wpływ na wszystko, co dzieje się między braćmi. To działa, bo widzowie doskonale rozumieją taki mechanizm. Każdy zna relacje, w których jedna osoba potrafi „ustawić” całe życie innych, nawet jeśli fizycznie nie jest obok.

Scenografia i kostiumy przygotowała Agnieszka Szewczyk. Tym razem jest bardzo oszczędnie, wręcz minimalistycznie.
Nie chodziło nam o ozdobniki. Scenografia ma budować atmosferę – chłodną, uporządkowaną, trochę ciasną. Taką, w której napięcie ma gdzie rosnąć. To nie jest wnętrze, które ma się podobać. To jest przestrzeń, która ma niepokoić.

Sztuka odniosła gigantyczny sukces w Hiszpanii – obejrzało ją ponad pół miliona widzów, grano ją też w Portugalii, USA i Wielkiej Brytanii. Czy to w ogóle ma znaczenie w kontekście polskiej widowni?
To jest dobra informacja, bo pokazuje, że ta historia jest uniwersalna dla różnych kultur.
Ale najważniejsze i tak jest to, co wydarzy się tutaj – na naszej widowni. Nie robimy kopii. Robimy spektakl, który ma brzmieć po naszemu i być czytelny dla naszej publiczności.

Na koniec: po czym poznajesz, że spektakl jest dobry?
Po tym, że ludzie wychodzą i nie kończą rozmowy na: „było fajnie”, tylko zaczynają się spierać, śmiać, komentować – kto miał rację, gdzie była granica, co by zrobili na miejscu bohaterów.
Jeśli teatr „pracuje” w widzu długo po wyjściu z teatru, to znaczy, że trafił w punkt.

Red.
Szczegóły repertuaru: www.btr.pl


Tomasz Podsiadły. Reżyser, twórca Bałtyckiego Teatru
Różnorodności, człowiek teatru, pasjonat kultury, dziennikarz

 

Fot. Sebastian Mu

 

 

POWRÓT/WSTECZ