POWRÓT/WSTECZ
Teatr musi być w kontakcie

Teatr musi być w kontakcie
Rozmowa z Celiną Zboromirską-Bieńczak, od 1 września dyrektorką Miejskiego Teatru Miniatura w Gdańsku

Z teatrem jest związana od dziecka, choć sama przyznaje, że początkiem nie była wcale scena, lecz słuchowiska, płyty i własne przedstawienia urządzane w pokoju. Pracowała w Teatrze Wybrzeże, Europejskim Centrum Solidarności, Operze Bałtyckiej i Biurze Prezydenta ds. Kultury. Od 2020 roku jest zastępczynią dyrektora Miniatury. Teraz obejmuje jej stery. Rozmawiamy o dziecięcej wyobraźni, odpowiedzialności za zespół i modernizacji, która ma otworzyć dla teatru zupełnie nowy rozdział.

Zacznijmy od początku: kiedy pierwszy raz w Twoim życiu pojawił się teatr?
Bardzo wcześnie. Podobno jako dziecko cały czas coś odgrywałam. Włączałam adapter albo radio, układałam historie i robiłam przedstawienia w pokoju. Nikt mnie tego specjalnie nie uczył. Fascynowało mnie, że z dźwięku i wyobraźni można stworzyć świat, którego fizycznie nie ma.
Później trafiłam do przedszkola na gdańskiej Zaspie, gdzie moja wychowawczyni miała jak na tamte czasy niezwykłe podejście. Pracowała z nami nie tylko poprzez zabawę, ruch, ale tworząc małe formy teatralne. Dla mnie to było naturalne przedłużenie tego, co już działo się w domu.

Czyli najpierw teatr uruchamiany w głowie, w wyobraźni?
Dokładnie. Pamiętam słuchowiska Radio Dzieciom, telewizyjny Teatr Młodego Widza. Moja mama mówi, że zabierała mnie do Miniatury, ale ja mam z tego tylko jakieś mgliste obrazy i stare programy teatralne zachowane w domu. Za to pamiętam, że teatr potrafił mnie mocno poruszać.

Potem był Teatr Wybrzeże?
W liceum był moim drugim domem. Spędzałam tam każdą wolną chwilę. Pamiętam ogromne, plastyczne inscenizacje Krzysztofa Babickiego, „Arkadię”, „Biesy” – ten rozmach, świat, który pochłaniał całą scenę. Później wyjechałam do Krakowa na Teatrologię i tam moim miejscem był przede wszystkim Stary Teatr.
Ale już wtedy wiedziałam, że bardziej niż interpretowanie spektaklu od zewnątrz interesuje mnie to, jak on powstaje. Kto sprawia, że wszystko działa: od pierwszej rozmowy ze scenografem aż po moment, kiedy widz siada na widowni.

Nie ciągnęło Cię do reżyserii?
Chyba nigdy nie miałam takiej potrzeby. Nie marzyłam o tym, żeby stanąć w świetle albo opowiadać świat wyłącznie własnym językiem. Bardziej fascynowała mnie sprawczość: uruchomienie ludzi, pomysłu, procesu. To, że można realnie wpłynąć na kształt rzeczy, a jednocześnie oddać przestrzeń artystom.
Zresztą na egzaminie na teatrologię powiedziałam komisji, że najbardziej interesuje mnie praktyczna, produkcyjna strona teatru. Usłyszałam wtedy: „To nie są studia dla pani”. Ale na piątym roku na UJ powstało zarządzanie kulturą. Więc trochę się okazało, że po prostu przyszłam za wcześnie. [śmiech]

Pierwsza praca w teatrze brzmiała równie poważnie, jak wyglądała?
Wcale nie. Maciej Nowak zaproponował mi pracę w Teatrze Wybrzeże na stanowisku….  referenta technicznego. Brzmi pięknie, prawda? [śmiech] Miałam 24 lata i oczywiście wydawało mi się, że zaraz będę produkować wielkie spektakle. Tymczasem liczyłam materiały, wypełniałam dokumenty, przygotowywałam przetargi. 
Dzisiaj jestem za to bardzo wdzięczna, bo przeszłam tę drogę naprawdę od środka. Pracowałam z Bruno Sobczakiem, ówczesnym kierownikiem technicznym i wybitnym scenografem. To była świetna szkoła. Nauczyłam się, że teatr nie powstaje wyłącznie z wielkich wizji. Powstaje też z terminów, kosztorysów, rozmów, decyzji i ludzi, którzy wiedzą, jak dowieźć wszystko do końca. Samodzielna produkcja spektakli pojawiła się chwilkę później i wciągnęła mnie zupełnie, bardzo długo określałam siebie głównie jako producentkę.

I wtedy pojawiło się myślenie: kiedyś chcę zarządzać?
Wtedy raczej poczułam, jaką siłę daje możliwość wpływu. Wybrzeże pod dyrekcją Nowaka było niesamowitym momentem. Zespół produkcji, jeden z pierwszych w Polsce, był młody, wokół pojawiali się aktorzy i reżyserzy, którzy za chwilę mieli stać się najważniejszymi nazwiskami polskiego teatru. To był prawdziwy inkubator.
Artystycznie wszystko buzowało. Finansowo i organizacyjnie bywało bardzo trudno, ale właśnie tam zrozumiałam, że można prowadzić proces i mieć wpływ na to, co z niego ostatecznie powstaje. Później były ECS, Opera Bałtycka, Biuro Prezydenta ds. Kultury. Wiedziałam już, że jeśli wrócę na stałe do teatru, to chcę być w miejscu, z którego można podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność.

Od września obejmujesz Miniaturę jako dyrektorka. W jakiej kondycji jest dziś ten teatr?
W bardzo dobrej. Przez ostatnie lata, wspólnie z Michałem Derlatką i całym zespołem, zbudowaliśmy mocną markę. Teatr jest ważnym miejscem dla mieszkańców Gdańska, widoczny w Polsce, nasze spektakle są zapraszane i nagradzane, stworzyliśmy wyjątkową w skali Polski przestrzeń edukacji teatralnej, jesteśmy aktywni we współpracach międzynarodowych. To nie wydarzyło się przypadkiem.
Chcemy z Michałem Derlatką, który będzie odpowiedzialny za stronę artystyczną, to kontynuować, utrzymać ten poziom jego różnorodność i dostępność. Ale mam też bardzo konkretne i niezwykle ważne zadanie: kompleksową modernizację teatru.  

Co dokładnie wymaga zmiany?
W zasadzie wszystko. W 2027 roku Miniatura będzie obchodzić 80-lecie, a ostatni większy remont przeprowadzono w siedzibie teatru w latach 80. XX wieku! Dzisiaj możliwości sceniczne, techniczne i zaplecze po prostu nie odpowiadają temu, jak pracuje nowoczesny teatr i jak przyjmuje swoich widzów. 
Mówimy o przebudowie całego budynku: scen, widowni, foyer, zaplecza administracyjnego, pracowni. To będzie ogromna operacja, wymagająca czasu i cierpliwości. Ale ja naprawdę wierzę, że Miniatura zasługuje na warunki na miarę tego, czym jest dzisiaj.

A co z teatrem w trakcie remontu?
Będziemy grać u przyjaciół. To jest dla mnie bardzo ważne. Mamy w Gdańsku relacje i sojusze, na których można budować. Repertuar można rozpisać na różne przestrzenie, spotykać się z widzami w innych miejscach, być jeszcze bliżej miasta.
Może to nawet otworzy nam nowe możliwości. Teatr dla dzieci i młodzieży nie musi zawsze czekać, aż widz przyjdzie do jednego budynku. Czasem warto wyjść do niego.

Jak dzisiaj powinien wyglądać teatr dla dzieci?
Przede wszystkim musi być w kontakcie. Nie chodzi o to, że każde przedstawienie ma wyciągać dzieci na scenę. Chodzi o poczucie, że ten świat jest dla nich, z nimi i naprawdę ich widzi. W Miniaturze wierzymy, że najważniejsze jest budowanie relacji z widzami, wspieranie ich rozwoju, stwarzanie bezpiecznej przestrzeni, także dla tematów trudnych. Idealnie sprawdza się to na naszej Scenie Kameralnej, w spektaklach, w których publiczność siedzi niemal w środku opowieści. Teatr działa wtedy zupełnie inaczej, bo widz nie tylko obserwuje świat, ale ma poczucie, że jest jego częścią.

Jaki masz zespół?
Wspaniały. Zróżnicowany wiekowo. I przede wszystkim ogromnie zaangażowany i kreatywny.
To jest dla mnie idealne połączenie: energia, odwaga i świeżość młodych ludzi, ale też pamięć, doświadczenie i ogromny kapitał starszego pokolenia. Teatr nie może być zbudowany tylko z jednego z tych światów.

Na koniec pytanie, które zawsze zadaję: czego Ci dzisiaj życzyć?
Żeby to się udało. Żebym pod koniec kadencji mogła zobaczyć, że ta modernizacja naprawdę się wydarza. Że Miniatura jest teatrem dostępnym dla każdego i proponuje teatralne spotkania, które pamięta się długo po wyjściu z widowni.

Tomasz Podsiadły

Tomasz Podsiadły. Reżyser, twórca Bałtyckiego Teatru Różnorodności, człowiek teatru, pasjonat kultury, dziennikarz

 

POWRÓT/WSTECZ