POWRÓT/WSTECZ
Teatralny rok pełen niespodzianek

Na zdjęciu: "Memling”. Fot. Natalia Kabanow

 

 

Teatralny rok pełen niespodzianek

Chciałoby się powiedzieć: dzieje się! Od Gdańska, przez Sopot, Gdynię, Wejherowo, Chojnice do Słupska naprawdę dzieje się ciekawie. W Pomorskim jest kilkanaście teatrów instytucjonalnych i samorządowych: dramatycznych, lalkowych, operowych, baletowych, muzycznych i teatrów tańca. W minionym roku zrealizowały ponad sześćdziesiąt premier. Ponadto działały teatry prywatne, prowadzone przez fundacje, agencje czy zespoły impresaryjne i odbywały się festiwale. Widzowie więc mieli różnorodny i bogaty wybór. To napawa optymizmem przed zbliżającym się 27 marca Międzynarodowy Dniem Teatru, który obchodzimy od 65 lat. Wszystkim, którzy związani są z teatrami, w imieniu swoim i Redakcji przekazuję najlepsze okolicznościowe życzenia. A co warto obejrzeć? Już spieszę z kilkoma propozycjami.

Teatr Wybrzeże
To był wyjątkowo dobry sezon – cztery spektakle na pewno podbiły serca widzów. O „Brytaniku” Jeana Racine’a w Sopocie na Scenie Kameralnej już pisałam. Ale dopowiem: to znakomite role aktorskie i ostry spektakl o namiętnościach ludzi sprawujących władzę, o ich ambicjach i okrucieństwie. Dorota Kolak jako podstępna Agrypina wiedzie prym, bo jest w świetnej formie; Piotr Biedroń jest dosadnym Neron, Jarosław Tyrański – Narcyzem, który zdumiewa jednoznaczną siłą. Ciekawi niespokojny Marek Tynda jako Burrus, no i Brytanik, w tej roli Robert Ciszewski, który stara się czasami uwierzyć w dobre intencje dworu. Polecam. Premiera była przed rokiem.

„Nosferatu”
Spektakl, który na pewno Państwa zaskoczy i też uwiedzie niezwykłością inscenizacyjno-scenograficzną to „Nosferatu”. Premiera była trzy miesiące temu, a na bilety trzeba dosłownie zapolować. Wszystko za sprawa koncepcji gdańskiego spektaklu (na motywach filmu F.M. Murnaua) wyreżyserowanego przez Mariusza Grzegorzka, twórcę także filmowego, z nieokiełznaną wyobraźnią wizualną, którą w pełni wykorzystał w tym spektaklu. Totalne widowisko, z użyciem wszelkich możliwych środków inscenizacyjno-wizualnych. Publiczność umieścił reżyser na scenie, dając jej zaledwie sto miejsc do dyspozycji. Całą przestrzeń, łącznie z widownią i znakomitą, nowoczesną machiną techniczną teatru, oddał we władanie aktorów, własnej i naszej wyobraźni. „Nosferatu” jest oczywiście traktatem o walce Dobra ze Złem i – jak w filmie – horrorem. Agent nieruchomości jedzie w służbową podróż, a w domu zostawia młodą, pełną niepokoju żonę. Trafia on do zamku hrabiego Orloka, a tam zgodnie z konwencją musi dostać się w moce i żądze wampira. Mrok, niepokój, lęk, wyzwania, ale również poczucie odpowiedzialności – wszystko w jednym, pomieszane, przeplatane i niepewne. Ten świat nie ma ładu, ten świat może w każdej chwili burzyć to, co było. Grzegorzek rozbudowuje poszczególne fazy opowieści, wzbogacając je zaskakującymi efektami, które stanowią dominantę spektaklu. Myślę, że po raz pierwszy z takim rozmachem użyte zostały na Dużej Scenie Teatru Wybrzeże. W „Nosferatu” trzeba koniecznie zobaczyć magię i mrok, ale też odwołania do symboliki horroru klasycznego, zarówno te tradycyjne, jak i w pełni nowoczesne, wygenerowane komputerowo. To spektakl, który przyprawia o zawrót głowy, teatralnie najlepszy w tym sezonie w Wybrzeżu. 
Docenić należy szczególną rolę Marka Puchowskiego jako hrabiego Orloka, wampira odosobnionego, ale operującego całkiem ludzkimi emocjami – tęsknotą za miłością, tyle że nasączoną okrutną demonicznością. To rola niemal kaskaderska, wymagającą od aktora kondycji i wewnętrznej dyscypliny, a także nadania tej postaci indywidualnych rysów. Puchowskiemu się to udało, a jest nową twarzą w zespole Teatru Wybrzeże. I od razu wystartował tak dobrze. 

"Nosferatu”. Fot. Rafał Skwarek

Monumentalny „Memling”
Głośny spektakl ostatniego roku to „Memling, czyli historia końca świata” w Teatrze Wybrzeże. To kolejne arcyteatralne i niesłychanie plastyczne dzieło Agaty Dudy-Gracz, reżyserki, która swoją wrażliwość artystyczną określiła już co najmniej w kilkunastu znanych i docenianych spektaklach w różnych tetrach w Polsce. Przed dziesięcioma laty w Gdyni w Teatrze Muzyczny jej „Kumernis, czyli o tym jak świętej panience broda urosła” to było niepospolite przeżycie. Te dwa spektakle łączy totalna obecność w nich twórczyni: od scenariusza widowiska, poprzez reżyserię i scenografię, kostiumy, ruch sceniczny. Muzykę, która w „Memlingu” stanowi ważną dominantę, skomponowali Maja Kleszcz i Wojtek Krzak. Maja Kleszcz jest także wykonawczynią przejmujących wokaliz. Natomiast reżyseria świateł to dzieło Cezarego Studniaka. Na prapremierowym spektaklu miałam wrażenie, że nie wszystkie efekty zaprezentowane zostały w absolutnie precyzyjnym rytmie, który ważny jest w spektaklach Dudy-Gracz. 
Jak Agata Duda-Gracz buduje fabułę w spektaklu „Memling” i czy jest to tylko opowieść o końcu świata? Można rzec, że to konstrukcja zbliżona do układu kalejdoskopowego, tyle że niespieszna, a czasami wręcz celowo zwolniona. Reżyserka tworzy sceny-obrazy, które nie są linearną, fabularną opowieścią. I nie jest to opowieść o Memlingu, wbrew tytułowi, a nawet zmultiplikowanej postaci Memlinga, czyli tytułowego bohatera w kilku osobach. Wydaje się nawet, że w pewnym momencie Memling przestaje naprawdę znaczyć w tym spektaklu. Głównym pretekstem jest dzieło Niderlandczyka, czyli cenniejszy niż złoto tryptyk „Sąd Ostateczny”, który znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Gdańsku. To bezpośredni impuls twórczej opowieści, pretekst do interpretacji rozszerzonej, pełnej grozy wizji świata. 
Wymienię tylko jedną rolę w tym wieloobsadowym, z imponującą naprawdę obsadą przedstawieniu. Marcin Miodek zagrał Hugo van der Goesa – malarza, który leczy w Brugii, w klasztornym szpitalu „niemoc nerwową”, po tym jak niemal zwariował podczas procesu czarownic. Miodek nie przeszarżował w tej postaci, a wręcz wyspekulował, by osiągnąć końcowy efekt. Zapamiętam tę rolę na pewno.

"Memling”. Fot. Natalia Kabanow

„Pchła Szachrajka”
Przedstawienie, które na pewno będzie podobało się młodym widzom, a dorosłym przypomni ich cudowne lata „durne i chmurne”, jak mawiał poeta. „Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy w reżyserii Maćko Prusaka i dramaturgicznym układzie Marty Giergielewicz to spektakl pełen uroku i dobrej zabawy z wymagającą dyscypliny i sprawności fizycznej rolą tytułową Marii Wróbel. Jest ona wszędobylska, ciekawska, niespokojna i pełna niewyobrażalnych pomysłów, które musi natychmiast zrealizować. Ma wdzięk i urodę, i oczywiście wiedzie prym. A wszystko „dzieje się” w urokliwej, kolorowej scenograficznej przestrzeni i w stylizowanych, dowcipnych kostiumach Marty Sniosek-Masacz. Zabudowała ona nie największą scenę koniecznymi elementami, co spowodowało, że aktorzy muszą naprawdę się nagimnastykować, by być wszędzie i ze wszystkim zdążyć. A bawią widzów pełni wdzięku (i to każda niemal z postaci w kilku wcieleniach!): Katarzyna Borkowska jako Madalińska, Kura, Koleżanka Warszawianka, Panna Kika; Maria Kresa w rolach Panny Charleston, Konika Polnego, Koleżanki Warszawianki; Małgorzata Oracz jest Gadalińską, Owcą i też Koleżanką Warszawianką; Jerzy Gorzko – Uczonym Karaluchem, Filozofem, Kupcem i Dozorcą, a Jacek Labijak – Poetą, Krupierem i Komarem. Ta koncepcja wielości postaci wymusza na aktorach przeistaczanie się niczym kameleony. Muzyka Marcina Nenko trzyma przedstawienie w rytmicznych ryzach, ale też podsuwa nostalgiczne skojarzenia. Życzę dobrej zabawy dużym i małym widzom!

"Pchła Szachrajka”. Fot. Rafał Skwarek

Teatr Muzyczny w Gdyni
Na Scenie Kameralnej szaleje dosłownie w ilości i jakości Projekt Inicjatyw Aktorskich. W ciągu minionego roku osiem premier, dających szansę aktorsko-wokalne tym, którzy mają pomysły i energię. Każdy z tych spektakli zapewne warto obejrzeć, są niezbyt długie, a ceny biletów nie rujnują portfela. Widziałam musicalową opowieść zatytułowaną „Moja miłość Irlandia” w reżyserii i ze scenariuszem Jacka Wekslera. Musical „Irlandzki tancerz”, na motywach którego oparty jest spektakl, zamówiła Danuta Baduszkowa (twórczyni i patronka Teatru Muzycznego w Gdyni) w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i nie zdążyła go przed śmiercią wystawić. Teraz zrealizowane przestawienie pełne jest sentymentalnych nut, fascynacji muzyką i klimatami irlandzkimi. Jest wytchnieniową chwilą, dobrą, nastrojową i zrealizowaną z artystyczną uwagą. Strona muzyczna ciekawa, z zespołem na żywo, co stanowi dodatkowy walor. Paweł Kasprzewski zadbał o stronę muzyczną. Dwójka śpiewających wykonawców: Julia Duchniewicz i Wiktor Czerpak (także skrzypce), szczególnie zwraca uwagę, a Karol Małkowski i Marcin Słabowski dobrze wpisują się w wielowątkową fabułę, w której wątki miłosny i nostalgiczno-wolnościowy są najważniejsze.
Również na Scenie Kameralnej obejrzałam spektakl dyplomowy „Wanożnicë” (czyli: wędrowcy) według scenariusza i w reżyserii Katarzyny Szyngiery, reżyserki słynnego musicalu „1989”. Spektakl grany będzie jeszcze tylko w marcu i kwietniu, a przygotowany został z myślą o stuleciu Gdyni, o kaszubskim rodowodzie miasta „z morza i marzeń”. W scenariuszu wykorzystanych zostało kilka wzorców literackich, od reportaży Stasi Budzisz i Tomasza Słomczyńskiego po teksty piosenek Doroty Masłowskiej i Tymona Tymańskiego. Ta wielość sprawiła pewien kłopot kompozycyjno-scenariuszowy, natomiast muzyka Ola Walickiego, jazzowa z ludowymi nutami kaszubskimi, była wyzwaniem wokalnym dla studentów studium wokalno-aktorskiego im. Danuty Baduszkowej, z którym poradzili sobie nieźle. 
Na Dużej Scenie jesienna, ubiegłoroczna premiera musicalu „Producenci” – wręcz klasyki gatunku, znowu z dobrą wykonawczą formą zespołu baletowego i wokalnego Teatru Muzycznego, a także z solistami znanymi i lubianymi, wyreżyserowana niezbyt porywająco przez Tomasza Dutkiewicza. Satyryczna opowieść o stereotypach kulturowych i politycznych, wyśmiewająca nazistowskie schematy i wzorce, jak ongiś pisano w „bezczelnego musicalu”, dzisiaj trochę zwietrzała, a reżyser nie tchnął w tę opowieść nowych interpretacji. Niezbyt porywające są stare i ograne sposoby wzbudzania śmiechu na widowni, standardowe gejowskie żarty mniej śmieszą i słabo bawią. Natomiast wokalnie szczególnie zwracają uwagę Izabela Pawletko jako Ulla i Maciej Podgórzak w roli Leo Blooma. A gościnna, wiodąca rola Roberta Rozmusa jako Maxa Bialystockiego jest pełna werwy i bardzo dobrej wokalnej dyspozycji. Aktor czuje musicalowy styl i wykorzystuje posiadane umiejętności precyzyjnie. I jak zwykle podoba się widzom rozmach spektaklu, sceny zbiorowe – taneczne i wokalne, bo wykonywane są artystycznym wdziękiem.

"Producenci”

Alina Kietrys


 

POWRÓT/WSTECZ