POWRÓT/WSTECZ
Odsłanianie tajemnic

foto Fot. Wikipedia

Z Dariuszem Filarem, ekonomistą i pisarzem, rozmawia Alina Kietrys

 

„Szklanki żydowskiej krwi” to Pana trzecia powieść, a ósma w ogóle książka w dorobku literackim. Ceniony specjalista od ekonomii, przed laty główny ekonomista Banku Pekao SA, członek Rady Polityki Pieniężnej, członek Rady Gospodarczej przy premierze, wieloletni wykładowca ekonomii kapitalizmu na Uniwersytecie Gdańskim i profesor na zagranicznych uczelniach – obecnie jest pisarzem. Dla wielu osób będzie to zaskoczeniem. Debiutował Pan jeszcze w latach 60. Publikował pierwsze opowiadania fantastyczne w „Młodym Techniku” – piśmie, które jest na rynku wydawniczym od 1932 roku.
W czasach mojego debiutu „Młody Technik” był świetny. Prowadził go wspaniały redaktor naczelny – pan Zbigniew Przyrowski.

 

Który był redaktorem naczelnym przez 30 lat i wyłowił niejeden talent, także literacki. Potem pochłonęły Pana ekonomia i polityka, a teraz wraca Pan do literatury z dużą siłą. Biblioteka Wojewódzka w Gdańsku wydała Pańską ostatnią, a trzecią z kolei powieść, pełną historycznych kontekstów sagę „Szklanki żydowskiej krwi”. Głównymi bohaterami tej powieści są dziadek Leopold Merst i jego wnuk, który chce prześledzić losy dziadka.

Gdy zastanawiałem się kiedyś nad relacjami rodzinnymi z dziadkiem ze strony ojca, uświadomiłem sobie, że dziadek był w moim życiu postacią bardzo wyrazistą. Był też fascynującym człowiekiem. Pamiętam rozmowy z moją matką, dzisiaj już 95-letnią, o dziadku, o przeszłości. Dziadek pojawił się na Wybrzeżu dość niespodziewanie i moja mama mówiła, że tutaj, w Gdyni zaczął budować wszystko od nowa, coś całkowicie własnego, oderwał się od przeszłości. I to nie było wyrastanie kolejnej gałęzi rodziny, ale zasadzenie zupełnie nowego drzewa. A w mojej głowie zaczęła się układać rodzinna opowieść. Ta książka długo we mnie siedziała, przechodziła przez różne epizody. Po jakimś czasie musiałem to posklejać, zrobić z tego całość i napisać powieść.

 

Ile wątków autobiograficznych jest w tej powieści?
Czasami mnie pytają o proporcje między prawdą i zmyśleniem. Czy to prawda jeden do jednego, czy jeden do pięćdziesięciu procent albo zaledwie jeden do dwudziestu pięciu. Na kartach tej powieści jest różnie. Dość często jest jeden do jednego. To jest oddawanie rzeczywistości takiej, jaką ona była. Choćby historia z kulą w płucach dziadka. Dostałem tę kulę i mam ją do dzisiaj. Lekarz, który w szpitalu robił sekcję zwłok dziadka, uznał, że ta kula może być znaczącą pamiątką dla rodziny. Był po prostu wrażliwy. 

 

Dziadek jest ostoją dla wnuka – narratora tej powieści.
Tak. Dziadek zostawia Tarnów, zostawia Kraków po to, żeby tutaj nad morzem zacząć jeszcze raz wszystko od nowa. To było miejsce, którego szukał i znalazł, a dla narratora powieści, czyli wnuka, przeszłość dziadka jest ważna.

Dziadka i wnuka poznajemy w 1968 roku. Wnuk jest studentem Politechniki Gdańskiej i mieszka z dziadkiem, bo rodzina uznała, że powinienem się dziadkiem zaopiekować. 
Właśnie tak, bo wnuk został przez rodzinę wplątany w relację z dziadkiem. Wszystko się zmienia w momencie śmierci dziadka i znikania przeszłości, bo rodzina postanawia zabrać z domu dziadka rożne pamiątki, a wnuk z konieczności obserwuje ten proces. I to jest bardzo realistyczna część tej książki. Zresztą tych prawdziwych zdarzeń jest naprawdę sporo. Ot, choćby historia z jedwabnymi koszulami dziadka. Kiedy przecierały się w nich kołnierzyki, były przerabiane na nocne stroje dla nas, czyli dla dzieci. Nie ukrywam, że lubiłem te koszule dziadka.

Ogląda Pan przeszłość i życie dziadka przy pomocy ważnych dat z jego historii. Rok 1914, potem 1918, 1921, 1939… Szczegółowo dowiadujemy się o ważnych wydarzeniach z wykreowanego pamiętnika dziadka.
Tak. Wnuk-narrator musi przejść dokładnie ścieżkami życia dziadka, bo po prostu tropi jego los, systematycznie i z namysłem. Stąd forma pamiętnika dziadka, która ułatwia uporządkowanie wydarzeń historycznych, w których dziadek brał czynnie udział: od czasów, kiedy został kilkunastoletnim ochotnikiem w Legionach Piłsudskiego, aż po lata 70. XX wieku. Faktografia jest bardzo ważna. Dziadek po zakończeniu I wojny światowej miał 22 lata. I wtedy zdał sobie sprawę, bo opowiadał mi o tym, że od matury nic innego nie robił, tylko przechodził z jednych szeregów legionowych do drugich, bo legioniści raz byli po stronie austriackiej, raz po niemieckiej, a niektórych zaniosło także na rosyjską stronę „białych”. To były bardzo złożone losy. Z precyzją opisuję też wszystkie walki, w których dziadek brał udział, odniesione przez niego rany, a także powojenne zmagania. 

Tytuł „Szklanki żydowskiej krwi” jest poruszający, określa tożsamość bohatera. Wnuk powoli odkrywa przeszłość rodzinną dziadka, jego pochodzenie, koneksje, religijne konteksty.
Uśmiecham się, bo zastanawiam się, czy powinienem aż tak odsłaniać karty. Ale spróbuję. Kiedy moja matka opowiadała mi o tym, jak poznała mojego ojca w roku 1946 w Gdyni, to wspomina, że w czasie pierwszego spaceru, kiedy szli ulicą 10 Lutego na wysokości Polskich Linii Oceanicznych, ojciec zdradził jej pewną tajemnicę rodzinną.

W Pana powieści kobiety są tłem, tylko jedna bohaterka Nina staje się dopełnieniem losów wnuka. Pojawia się na początku powieści – spotkanie na Helu i w ostatnim rozdziale w 2014 roku w Ameryce, kiedy wnuk przyjechał do niej w odwiedziny.
Nie mam doświadczenia w wypowiadaniu się jako autor beletrystyki i określaniu, na ile powinienem ujawniać moje sposoby konstruowania książkowych bohaterów. Postać Niny jest zainspirowana trzema kobietami, które znałem. Wszystkie miały silną domieszkę krwi żydowskiej i wszystkie trzy odegrały w moim życiu istotną rolę. I wszystkie w nieagresywny sposób, ale nieustannie przeżywały swój żydowski ślad. W opisie Danii i zdarzeń w Kopenhadze jest wiele rzeczy i zdarzeń opisanych przeze mnie bardzo prawdziwie i dokładnie. Druga kobieta, która też ma na imię Nina, mieszka teraz w Kanadzie. Była w Polsce w 2008 roku i opowiedziała mi o śmierci swoich dziadków – ten zapis jest w mojej powieści. Jest jeszcze trzecia kobieta, która miała wpływ na portret Niny…

„Szklanki żydowskiej krwi” to tytuł oddziaływujący na czytelnika.
Zdaję sobie sprawę.

Od wydania książki upłynęło już kilka miesięcy – czy dzieje się coś nowego w Pana pisarskim życiu?
Tak. W tej chwili bardzo intensywnie pracuję nad kolejną powieścią, jestem już w połowie. To powieść zupełnie inna, ale też bardzo mocno osadzona w historii. Bohaterem też będzie mój równolatek, który jest synem więźnia Sachsenhausen. Jego ojciec trafił do obozu koncentracyjnego na skutek fatalnego zbiegu okoliczności. Przeżył ten obóz i po wojnie zamieszkał w Kołobrzegu, czyli w Kolbergu. Jego syn, a mój bohater, zostaje dziennikarzem partyjnej prasy. W latach 90., kiedy zaczyna się chwiać jego los dziennikarski, w tymże Kołobrzegu spotyka Niemców, którzy zaczynają coraz chętniej przyjeżdżać do tego miasta. I następuje zderzenie przeszłości ojca bohatera powieści z historią dzieci niemieckich potomków obrońców Kolbergu przed Armią Czerwoną. 
Piszę tę książkę z głębokim przekonaniem, tak jak „Szklanki żydowskiej krwi”, że tkwimy w historii bardziej, niż przypuszczamy. To właśnie historia wyznacza koleje naszego życia i musimy się w tych historycznych koleinach odnaleźć.
 
Czyżby Pana rozbrat z ekonomią nastąpił, bo pochłonęła Pana literatura?
Tak, zdecydowanie tak. Moje losy prowadzą mnie teraz w inną stronę. Rozmawiam oczywiście z kolegami profesorami ekonomistami – Leszkiem Balcerowiczem i Jerzym Hausnerem, ale nie zamierzam już wracać do ekonomii, która była źródłem mojego działania przez całe wcześniejsze dziesięciolecia i która pochłaniała mnie wtedy bez reszty. Teraz robię coś kompletnie innego. 

Muszę jednak zapytać: jak skomentowałby Pan to, co się teraz dzieje w naszej ekonomii?
Jest we mnie głęboki niepokój. Zawsze uważałem i nadal tak uważam, że fundamentem gospodarki jest zdrowy, stabilny pieniądz. W tej materii nic się nie zmieniło od lat dwudziestych XX wieku, czyli czasów Władysława Grabskiego, a bardziej współcześnie – od czasów, gdy szefem NBP był prezes Leszek Balcerowicz. Zdrowy pieniądz, niska inflacja, przewidywalność inflacji to podstawy podejmowania trafnych decyzji gospodarczych. Pieniądz jest z jednej strony środkiem cyrkulacji, ale z drugiej niezwykle istotnym elementem kształtującym prawidłową ocenę, jest elementem informacyjnym. W tej chwili mamy proces gwałtownego podnoszenia bilansu banku centralnego, czyli wtłaczania do gospodarki ogromnej ilości pieniądza. To już dzisiaj daje nam inflację najwyższą w Europie. Nie można więc używać porównania typu „oni też to robią”, czyli inne silne państwa też wtłaczają do gospodarki ogromne pieniądze, bo oni mają bardzo niską inflację. A jeżeli w jakimś momencie gospodarka przyspieszy, to zagrożenie inflacyjne może stać się bardzo wysokie. Mówienie o tym, że świat też odszedł od zdrowej polityki pieniężnej jest dla mnie usprawiedliwieniem słabym. Jeśli świat popełnia błędy, to nie jest powiedziane, iż my musimy robić to samo. Tym bardziej, że nasza sytuacja jest inna.

Nie brzmi to optymistycznie.
Bo ja nie jestem optymistą. Oczywiście przeżyliśmy straszną inflację na początku lat 90. XX wieku i jestem zdania, że aż taka katastrofa nam nie grozi, ale ze wstrząsem pieniężnym, z niestabilnością pieniężną należy się liczyć.

A więc waluta euro w naszym kraju to idea przeszłości…
Euro było szansą, żebyśmy mieli wspólny los z Europą. Euro mogło być lepszym albo gorszym losem, ale stwarzało możliwość zapewnienia polskiej gospodarce stabilnego miejsca w europejskich ramach. W odróżnieniu od krajów bałtyckich i Słowacji nie zdołaliśmy przyjąć europejskiej waluty w stosownym momencie, a nie wiem, jakie warunki będą stawiane w tym zakresie teraz. Nie wiem także, na ile będziemy w stanie je spełnić nawet wtedy, gdyby pojawiła się tak zwana „wola polityczna”. 

Dziękuję za rozmowę i zachęcam do przeczytania Pana ostatniej książki „Szklanki żydowskiej krwi”. Ta perspektywa czytelnicza jest jak najbardziej możliwa i nie wymaga spełnieni żadnych wygórowanych warunków, bo książka wydana została przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Gdańsku i jest dostępna.
 

 

Fot. Bożena Kisiel

 

POWRÓT/WSTECZ